Przedstawiamy nasze nowe forum. W dobre pospiechu i pędu za pieniądzem, postanowiliśmy założyć to forum na przekór wszystkiemu i wszystkich. Podajemy wam na tacy tylko najlepsze przepisy z Kółka Gospodyń Wiejskich :)
Nie jesteś zalogowany.
5 spotych soczystych cytryn o grubej skórce
1/4 szklanki cukru
1 szklanka gazowanej wody mineralnej
lub gazowanego napoju o smaku
cytrynowym 1 białko
garść listków melisy lub mięty sól
Z jednej cytryny delikatnie skroić skórkę (pozostawić ją do dekoracji) i wycisnąć sok. Z pozostałych czterech cytryn ściąć czubki i ogonki tak, aby z owoców można było usunąć miąższ bez uszkodzenia skórki, i żeby można je postawić w pozycji pionowej. Usunąć miąższ i zmiksować lub przetrzeć przez sito. W wysokim naczyniu zmiksować miąższ z cytryn, wyciśnięty sok. schłodzony gazowany napój, szczyptę soli, cukier i białko - powinna powstać puszysta piana. Pianę przełożyć do miseczki i wstawić do zamrażalnika przynajmniej na dwie godziny - w tym czasie sorbet należy kilkakrotnie zamieszać. Na 15 minut przed podaniem sorbet przełożyć z zamrażalnika do lodówki, aby trochę zmiękł. Masą sor-betową napełnić cytryny, przybrać wiórkami skórki cytrynowej i listkami melisy.
Offline
FascynujÄ…ce! ... I godne polecenia!
Offline
Ale miazga! Już dodałem do ulubionych:)
Offline
Spoxik!
Offline
| » Godzinny przebój na dziś Wrzucałem już tutaj różne długaśne kawałki, ale wydaje mi się, że dzisiaj padnie rekord. Proszę Państwa, dzisiejszy przebój, dzisiejsza piosenka trwa trochę ponad godzinę. Jeden godzinny kawałek, więc niecierpliwi fani muzyki różnej lub ci przyzwyczajeni do easy listening w czasie 3:30 niech ominą tego posta. Prezentowany numer to "Thaumogenesis" kanadyjskiego duetu Nadja, o którym już kiedyś wspominałem. "Thaumogenesis" to chyba największy kolos, jaki Aidan Baker skomponował, ale i też jeden z najlepszych, bo choć trwa godzinę, to ta godzina mija nie wiadomo kiedy. Być może robię nieładnie, wrzucając zawartość całej płyty (co poradzić na to, że Kanadyjczycy nagrali to jako jeden track?), ale jakimś usprawiedliwieniem jest fakt, że całość wyszła, jak wiekszość płyt Nadja, w bardzo limitowanym nakładzie. Pierwsze tłoczenie - 400 sztuk, drugie - 500. Nie wiem, czy była jeszcze jakaś inna edycja. Mi akurat udało się dorwać egzemplarz z drugiej serii i jest to największy biały kruk jaki mam na półce z płytami. "Thaumogenesis" to esencja stylu Nadja - czyli niewiarygodnie potężne, wielowarstwowe brzmienie, w którym przenikają się przetworzone na milion sposobów gitary i illbientowe tła; dźwiękowa, pełznąca w ślimaczym tempie magma, z której wyłaniają się naprawdę piękne, eteryczne melodie pełne łagodności i dość melancholijnego spokoju. Efekt tego kontrastu jest, że tak górnolotnie powiem, emocjonalnie niszczący. Jeśli przetrwacie całość, zwróćcie uwagę na fragment pomiędzy 31 a 36 minutą. Powieje trochę patosem, ale dla wielu osób, które słuchały tego utworu ten krótki fragment zawiera muzykę kompletną, która musi człowieka pozostawić w zupełnym osłupieniu, zgrozie i zachwycie. I ja się z tym zgadzam. Co jeszcze? Za produkcję odpowiadał, obok Bakera, James Plotkin, czyli człowiek - instytucja w świecie eksperymentalnego metalu, zaś piekną oprawę graficzną wykonał Seldon Hunt. Nadja - thaumogenesis | » O żądzy sławy Jeżeli kiedyś przestanę słuchać metalu, to właśnie przez takie incydenty: muzyka.interia.pl/(…)norwescy-metalowcy-na-eurowizj… Rozumiem, że Norwegia to kraj specyficzny i tam nawet puszczenie z dymem kościoła tudzież zadźganie kogoś nożem nie dyskwalifikuje w wyścigu o popularność. Rozumiem, że najbardziej znani metalowcy rzeczywiście pojawiają się w mediach dzięki popularności swoich piosenek, a nie dzięki rozdmuchanym relacjom z innymi celebrytami, ale bez kurde przesady. Pomysł, żeby pchać się z metalem na Eurowizję jest tak głupi i żalowy, że brakuje słów. Nie żebym był jakimś ortodoksem, który maluje sobie corpsepaint na ryju przy słuchaniu co mroczniejszych piosenek, śpi w trumnie, pije krew w blasku świec zrobionych z kociego tłuszczu i pisze odręcznie tylko gotykiem lub runami, ale mimo wszystko, czuję jakiś niesmak. Keep of Kalessin to oczywiście nie jest Mayhem czy jakaś ideologiczna ekstrema, ale taki chłoptasiowaty band z wyfotoszopowanymi sesjami zdjęciowymi do magazynów młodzieżowych, klipami za dużą kasę i plastikowym brzmieniem, tylko że nawet mimo powyższego podpiswanie swojego grania jako "black" do czegoś zobowiązuje i zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego. W metalu zawsze było jakieś takie dziwne pęknięcie - z jednej strony tona pretensji do przypisywania sobie dziedzictwa muzyki klasycznej (serio, są tacy dziwni ludzie), koturnowość i ukryta gdzieś chęć do napierdalania rzewnych ballad przy blasku zapalniczek tysięcy fanów, a z drugiej - wiadomo. Obskurność, nienawiść, nihilizm, las, piwnica i generalnie zuo. Póki połówki tego pęknięcia jakoś koegzystowały obok siebie bez wchodzenia sobie w drogę, dało się jakoś przeżyć - każdy miał dla siebie coś wedle swoich potrzeb. Aspektem, który jakoś ratował tę muzykę, tzn. ratował jej wiarygodność jako środka wyrazu czegoś autentycznego, było programowe postawienie się ogółowi. Niezależnie od tego, czy to postawienie się "powyżej" było motywowane śmieszną pretensją do wagnerowskiego tronu, nienawiścią do świata, religii, metal był domeną szczerej ekspresji. Być może jej efektami były śmieszne wykwity słowno - muzycznej grafomanii albo niesłuchalny jazgot tanich gitar na fuzzach zrobionych z radia Unitra, ale przynajmniej wiązało się to z czymś pierwotnie autentycznym. Nie wiem, czym kierowali się członkowie Keep Of Kalessin - być może jakąś dziwną logiką, wedle której miejsce mrocznej muzyki jest w samym jądrze ciemności, choć należy brać tutaj poprawkę na fakt, że ta ciemność tyczy się raczej bezdenych otchłani żenady, o której co roku piszą różni światli ludzie w kontekście coraz bardziej kuriozalnych wytworów pseudomuzycznych i przewidywalnych głosowań - plebiscytowych manifestacji wzajemnego włażenia sobie w dupę przez bratnie narody. Metal może być intelektualnie miałki, może być pretensjonalny i prymitywny, może też być niezamierzenie śmieszny, ale nie może być kolejną szufladką z której wyskakuje ładnie przystrojona małpka machająca widzowi łapką i ogonem, aby ten mógł wysłać sms w programie TV w którym wszystko jest tak piękne i wspaniałe, że zbiera się na rzyganie. Nie może być, bo wówczas stanie się po prostu kiepską muzyką i niczym więcej. Być może w desperackim akcie KoK jest jakaś przewrotność; taka sama, jaką wymawia się od swoich celebryckich wybryków pan Darski - żeby robić rewolucję na salonach; żeby siać, siać i siać, ale specjalnie w to nie wierzę. Zresztą, co tam moje próżne pierdolenie. Opisałem się jak głupi, ciskając gromy nie wiadomo po co, bo kto z w miarę zdrowym rozsądkiem przejmowałby się newsem o metalowcach, których nazwa kojarzy się z kalesonami? No przecież zdrowia szkoda, o ja głupi. |